19 lutego Podróż do Tarifa.

Ruszamy po 8 . Dobrze że koleżka mnie zmobilizował , siedzący we mnie wieczny leń ….no comment 🙂 Najpierw wsiadamy w podmiejski autobus numer M-011 do San Fernando. Swoją drogą bardzo ciekawa numeracja. Słońce wstaję nad Kadyksem.

Jesteśmy w San Fernando, gdzie ma mieć przystanek autobus do Tarify a ściślej aż do Algeciras,czyli na Gibraltar praktycznie.

Biletów nie mieliśmy a dodatkowo Wujek Google niejasno  pokazywał miejsce przystanku autobusu do Tarify

Kazał nam iść do ronda , potem przejść na drugą stronę ulicy i stanąć na przeciwko przystanku na którym wysiadaliśmy z M-011.

Tak zrobiliśmy a tu „zonk” Nie było tam żadnego rozkładu. Weszliśmy do piekarni kupić świeże pieczywo a tam jedna z klientek mówiąca „ingliszem” coś napomniała , że on różnie się zatrzymuje. W końcu nadjechał…Na przystanku, gdzie staliśmy nawet się nie zatrzymał. Myśleliśmy ,że to koniec wycieczki..ale , ale..,. autobus zawrócił na innym rondzie i zatrzymał się po drugiej stronie ulicy. Tam gdzie wysiedliśmy z M-011 🙂 🙂 Poza nami wsiadali jakieś dziadki , oni wiedzieli gdzie stanąć . Miejsca wolne były ,ale za bilet mogliśmy zapłacić tylko kartą .Ważne, że jedziemy.Okazało się że autobus jedzie z La Coruña w Galicji ,czyli przemierza całą Hiszpanię od północy na południe.

Po drodze pola , wzgórza, sporo zieleni i trochę krów . Wiosek niewiele.

Przed 11 docieramy do Tarifa.Po lewej budynek dworca a Adam już pewnie jakąś panią obcina.

Małe miasteczko jest najdalej na południe wysuniętym punktem kontynentalnej Europy. Jest niżej od Gibraltaru i od wybrzeży Afryki dzieli je 20 kilometrów.

Idziemy główną ulicą w stronę starego miasta.

Wzdłuż od strony morza bloki wyglądające na nowe.

Sporo turystów ze wszystkich stron świata. Dochodzimy do resztek  murów miejskich.

Na bramie hołd dla wybawcy Sancho IV Kastylijskiego, który wyzwolił miasto w 1292 roku spod władzy Maurów. Cofając się kilkaset lat wstecz…nazwę miasta Tarifa otrzymała po islamskim podboju Tarifa ibn Malika w 710 roku.

Przechodzimy przez bramę a tam piękne stare miasto z białymi budynkami, wąskimi uliczkami wijącymi się w górę,na dół . Po prostu bajkowo.

Idziemy do starej twierdzy zbudowanej jeszcze przez Maurów. Potem przebudowywanej ale zachowanej w dobrym stanie.

Wstęp raptem 4 czy 5 ojro a łażenia całkiem sporo , z góry rozpościerały się piękne widoki na miasteczko , ocean ehhhhh i do tego piękne słońce.

Pod nami był port do którego przypływały promy pasażerskie.

Adam wypatrzył że od portu na nabrzeże udaje się dużo kobiet zakrytych chustami ze sporymi bagażami .

Czekały na nie 3 autokary i 2 Tiry na bagaże.

Byliśmy przekonani że to żony migrantów przyjeżdżają do Europy w ramach łączenia rodzin . Sztuczna inteligencja napisała że mogą to być pracownice sezonowe , które do Andaluzji przyjeżdżają pracować przy zbiorach w rolnictwie, pierwsze zbiory w tym ciepłym kraju właśnie mają się zaczynać. Ciężko mi uwierzyć, że ich mężowie tak je puszczają same do Hiszpanii, znając realia świata muzułmańskiego, gdzie kobieta raczej z mężem wychodzi na ulicę.

Prom odpływa z powrotem do Tanger w Maroku a kolejny nadpływa…na szczęście bez armii muslimek.

Później idziemy na cypel , który jest najdalej wysunięty w morze. Niestety wejście jest zamknięte na kłódkę , być może jest tam jakaś baza wojskowa . Trza to sprawdzić.

Wracając Adam zatrzymał się na żarcie a ja polazłem z powrotem do starej części miasta i wzdłuż wielkich murów miejskich wróciłem na główną ulicę.

Byłem zdechnięty.Czasowo wyszło fajnie mieliśmy jakieś 45 minut do autobusu powrotnego. Warto było wybrać Tarife zamiast Gibraltaru , mieliśmy ponad 4 godziny na zwiedzanie. Jadąc na Gibraltar nie wiem czy mielibyśmy połowę tego czasu.Chcąc jechać na Gibraltar z Cadiz,trzeba po prostu wynająć furę.

Wracamy…

Potem znowu przesiadka na M-011 w San Fernando i na 17 meldujemy się w „domu”

11 kilometrów w nogach…relax, take it easy… czy”despacio” po hiszpańsku.

Adios

Dodaj komentarz